To nie pierwsze spotkanie z JJ English na Szczecin Blog. O samym projekcie możecie się dowiedzieć w artykule Hobby, biznes i misja ulepszania świata… czyli historia startupowego życia. Dziś postanowiłem porozmawiać z autorami platformy spersonalizowanej nauki języków. Poznajcie Johna Nickelsa oraz Michała Samborskiego.
Czym jest JJ English?
John: Szansą milionów ludzi na dostęp do darmowej edukacji, pomysłem na biznes, wyzwaniem…
Michał: Jak na razie-chyba przede wszystkim appką webową. Poza tym-hobby, pracą (póki co wykonywaną w wolnym czasie), próbą zrobienia czegoś fajnego, w perspektywie-prowadzenia biznesu inaczej niż wszyscy.
Jak się to wszystko zaczęło?
John: Chyba powinienem wrócić pamięcią niemal dekadę wstecz, gdy po skończonej edukacji na uniwerku w Stanach postanowiłem zrobić coś innego niż wszyscy i postanowiłem wyemigrować do Polski. Fakt, iż głównym bodźcem była moja ówczesna dziewczyna, ale wydaje mi się, że przekora chyba leży w mojej naturze i skoro miliony Polaków wyemigrowały w ostatnim stuleciu do USA-stwierdziłem, że ja zrobię odwrotnie. Zajechałem więc do nadwiślańskiego kraju i, aby jakoś się tu utrzymać, zacząłem dawać ludziom lekcje angielskiego.

Po kilku miesiącach pracy w charakterze nauczyciela, jako nieuleczalny technokrata i umysł zdecydowanie ścisły-dość szybko doszedłem do wniosku, że popularne materiały i pomoce naukowe, podobnie jak sama metodyka nauczania, zatrzymały się gdzieś na początku XX wieku (przy okazji-pozwolę sobie polecić świetny materiał Kena Robinsona pt: „Changing Education Paradigms”, można znaleźć na Youtube z polskimi napisami).
Zacząłem więc wplatać w swoje zajęcia elementy interaktywne – szukać w Internecie ciekawych treści, aby dyskutować o nich na zajęciach, przygotowałem także kilkadziesiąt PowerPointów ze słówkami oraz ilustracjami, które wspomagały proces nauki. Zacząłem również eksperymentować z softem do tworzenia filmów i zmontowałem parę kilkuminutowych klipów z podkładem muzycznym, w którym wykorzystałem popularne piosenki do objaśnienia zasad gramatyki.
Prawdziwy przełom nastąpił 5 lat temu podczas wizyty w Indiach. Tam dopiero zobaczyłem jak ważna jest edukacja i jakie korzyści do procesu nauki może wnieść wykorzystanie nowoczesnej technologii.
Michał: Pamiętam, jak John napisał do mnie na GG: „Chcesz polecieć do Indii? Mój brat tam jest. Będziemy mieszkać w sierocińcu na pustkowiu, wstawać codziennie o 6 rano, jeść ryż z kukurydzianymi plackami i uczyć dzieci angielskiego. Nocleg za friko.”
John: Wcale tak nie powiedziałem!
Michał: Wiem, powiedziałeś, że będzie fajnie i że zobaczymy kawał Indii ;). To zresztą też się udało, ale najbardziej w pamięć zapadła mi część, którą opisałem w poprzednim zdaniu. Nie powiem-była to niesamowita przygoda i mimo, że spędziłem tam łącznie kilka tygodni – zapadła w pamięć na całe życie.
Nigdy nie zapomnę reakcji dzieciaków, wychowanych w slumsach Bombaju, które pierwszy raz w życiu widziały komputer. Coś tak dla nas oczywistego jak „dwuklik” myszką był dla niektórych ciężki do opanowania. Równocześnie-widziałem jak wciągnęły ich zwykłe, proste dwuwymiarowe gry edukacyjne. Dzieciaki ustawiały się w kolejkach i godzinami grały aż do zajechania baterii w laptopach.
Aha, no tak-nie wspomniałem, że elektryczność nie była na indyjskim pustkowiu standardem i pochodziła z 35-letniego agregatu, odpalanego na korbę, który włączany był 2x dziennie na godzinę, celem zasilenia pompy słodkiej wody. Tzn. kradli tam jeszcze jakiś prąd z oddalonej o parę km skrzynki transformatorowej, ale napięcie rzadko kiedy przekraczało 180V, więc wystarczyło od biedy na zasilenie lampki nocnej i wiatraka, pracującego na pół gwizdka – kompa odpalić się nie dało.
Zresztą skoki napięć były takie, że groziły uszkodzeniem sprzętu, więc lepiej nawet było nie próbować…

John: Ja z kolei spędziłem tam trochę więcej czasu niż Michał i gdy wracałem do domu-pewien byłem jednej rzeczy. Edukacja, w połączeniu z technologią to połączenie, które może zmienić świat. Wiem, że brzmi to jak tani frazes, ale należy zdać sobie sprawę, że w Indiach operuje się ponad czterema setkami języków, a angielski jest tam drugim (obok Hindi) językiem urzędowym. Opanowanie języka jest tam więc kwestią niezmiernie ważną, nawet jeśli dana osoba nie planuje emigracji.
Parę tygodni pracy z tymi dzieciakami, przy wykorzystaniu kilku prostych gier komputerowych, dało nadspodziewanie dobre efekty. Trzeba poza tym pamiętać, że technologia wdziera się szturmem do każdego zakątka globu…
Michał: …Czego najlepszym dowodem jest fakt, iż nawet na wspomnianym pustkowiu zasięg sieci 3G był lepszy niż mam u siebie w pracy w Przecławiu!
John: Tak, to było dziwne – kąpać się co dzień przy użyciu wiadra z zimną wodą, załatwiać potrzeby do dziury w ziemi, mieć prąd na 2 godziny dziennie… ale Facebook? Żaden problem! Ten wyjazd był niezwykle silnym bodźcem, który sprawił, że poczułem iż jesteśmy w idealnym momencie, żeby stworzyć coś wielkiego. Możemy pomóc milionom ludzi porozumiewać się między sobą, wymieniać myśli idee, wyrwać się ze swojej wioski.
Michał: A mówiąc językiem biznesu-za chwilę otworzy nam się rynek kilkuset milionów internautów szukających softu do nauki języka.
John: Tak, ty zawsze musisz sprowadzić wszystko do pieniędzy…
Michał: Wybacz, jestem przedsiębiorcą. Zboczenie zawodowe…
John: Tak, czy inaczej, po powrocie stwierdziłem, że muszę COŚ zrobić. Znacie to uczucie, kiedy wracacie podjarani, pełni pozytywnej energii… Ale nie macie pojęcia jak się do tego zabrać. Zacząłem więc lepić kolejne PowerPointowe prezentacje i montować kolejne filmy…
Michał: W międzyczasie zorganizowaliśmy we Free Blues Club imprezę benefitową, a przychód przekazaliśmy na rzecz sierocińca…
John: Z którego 15% zeżarł transfer Western Union.
Michał: Jakoś tak… Początki bywają trudne. Do Owsiaka nam jeszcze daleko.
John: Miotałem się tak przez rok, czy dwa. Dorobiłem się sporego Fapage’a, a ilość wyświetleń kanału na Youtube sięgnęła setek tysięcy, ale to ciągle ciągle nie było to… W międzyczasie Michał wprowadził się do mnie po kolejnej porażce miłosnej…
Michał: Po rozstaniu z osobą płci żeńskiej! Chciałbym od razu uciąć wszelkie spekulacje
John: …W każdym razie pomyśleliśmy wtedy, że dobrze byłoby zagospodarować jakoś nadmiar wolnego czasu i zaczęliśmy pracować nad prototypem aplikacji, która wprowadziłaby element interaktywności do nauki słówek (tam, gdzie wcześniej używałem Power Pointa).

Michał: Jako, że ukończyłem studia informatyczne na Politechnice i gdzieś tam hobbystycznie parałem się programowaniem, zacząłem tworzyć prostą appkę, w której program ładował z bazy słówka z obrazami i dźwiękiem i podsuwał graczowi do przetłumaczenia. Pomyłki były rejestrowane i wpływały na zestaw słówek, które pojawiały się użytkownikowi, tak aby słówka problemowe powtarzały się z większą częstotliwością.
John: Appka działała. Został jakiś drobny bugfixing i dodanie grafiki, ale w międzyczasie wydarzyła się jeszcze jedna rzecz, nie bez znaczenia dla JJ English-mianowicie zostałem „wkręcony” przez znajomego do zespołu Stop’nGo-szczecińskiej firmy, w sumie start-upu internetowego. Appka służyła do wyszukiwania połączeń komunikacji miejskiej. Praca tam pochłonęła mnie na parę miesięcy i dała mnóstwo doświadczenia. Zdobytego w największej mierze podczas 3-miesięcznego pobytu w Kopenhadze jako uczestnik Start-Up Boot Camp, największego w Europie akceleratora przedsiębiorczości, dla firm związanych z e-biznesem.
Nazwa „Boot Camp” idealnie oddaje atmosferę panującą w tym „obozie”. Spotkania z mentorami, doradcami-nierzadko piastujący poważne stanowiska w firmach pokroju Google, czy Amazon, którzy traktują uczestników, niczym sierżanci na szkoleniach komandosów. Bezceremonialnie mieszają uczestników z błotem, po czym z uśmiechem na ustach mówią, że mamy się przyzwyczaić, bo w prawdziwym życiu nie będzie sentymentów. „Znajdź model biznesowy lub giń!” To chyba najlepsze zdanie opisujące tamtejszy klimat i podejście do uczestników.
Zdobyte tam doświadczenie okazało się nieocenione dla JJ English i po zakończeniu przygody ze Stop’nGo miałem już wszystko poukładane. Wiedziałem co i jak mam zrobić i na początku 2015 ruszyłem z kopyta!
Od czego zacząłeś?
John: Przede wszystkim od skompletowania zespołu. Ogólnie rzecz biorąc-żeby prace mogły ruszyć potrzebowaliśmy kodera, grafika i kogoś, kto pomógłby ogarnąć kwestię strony WWW.
Michał: Nadmienię tutaj, iż poziom trudności zadania, jaki stanął przed nami okazał się wyższy niż początkowo sądziliśmy. John ma podstawowe pojęcie o programowaniu, a o grafice pojęcie ma takie, że potrafi odróżnić rzecz brzydką od ładnej… I tyle. Moja wiedza programistyczna zatrzymała się na tym co wyniosłem ze studiów, ukończonych 8 lat temu i doświadczeniu, które zdobyłem dłubiąc hobbystycznie wieczorami w domu. Na prototyp wystarczyło, ale ciężko byłoby mi stworzyć stabilną aplikację, z której mieliby korzystać faktyczni użytkownicy. Tym bardziej, że poza JJ English pracuję na etacie, a i posiadam pewne życie towarzyskie.

Jeśli chodzi o grafikę, to jestem lepszy od Johna o tyle, że potrafię obsłużyć w podstawowym zakresie Photoshopa, ale z procesem twórczym sprawa wygląda nieco gorzej. 8-10 lat temu parałem się również tworzeniem stron WWW, ale każdy, kto ma pojęcie o temacie wie, że 10 lat to w tej branży epoka i mój skill daleki jest od obecnych standardów.
John: Efekt był taki, że po paru wieczorach, poświęconych próbom stworzenia od zera strony WWW zgodnie stwierdziliśmy, że wyskrobiemy jakieś drobne i zlecimy postawienie prostego site’a znajomemu, poznanemu przy okazji pracy w Stop’nGo. Większym wyzwaniem było znalezienie programisty, który byłby skłonny popracować dla idei.
Michał: Co ciekawe, problemem okazało się nie tyle znalezienie chętnych. Legendarna siła perswazji, w połączeniu z urokiem osobistym, czyni z Johna niezwykle sprawnego rekrutera. Początkowy optymizm dość szybko jednak stopniał w zderzeniu z twardą rzeczywistością. Przez ekipę w ciągu pierwszych miesięcy przewinęło się kilku programistów i o ile nie można odmówić im chęci na początku, o tyle natłok codziennych obowiązków sprawiał, iż każdy po pewnym czasie rezygnował, zostawiając jedynie rozgrzebany kod, który niespecjalnie mogliśmy wykorzystać.
John: Po kilku takich akcjach nauczyliśmy się już „na oko” oceniać czy ktoś da radę. Ogólnie-ludzie nie doceniają ilości czasu, jaki będą w stanie realnie poświęcić na hobby. To, że ktoś pracuje 8 godzin dziennie, wcale nie znaczy że kolejne 8 godzin dnia ma „wolne” (nawet jeśli tak się na pierwszy rzut oka wydaje). Gdy ktoś np. deklarował nam, że będzie w stanie poświęcić na JJ English 2-3h dziennie my od razu dzieliliśmy to na 2, a i tak uważaliśmy to za optymistyczny szacunek.
Niemniej – w końcu udało się wam znaleźć właściwą osobę?
John: Tak, jest nim nasz dobry kolega z okolicznej drużyny Ultimate Frisbee-Paweł Milanowicz. Obecnie zamieszkały we Wrocławiu, co nie przeszkadza mu czynnie uczestniczyć w rozwoju projektu.
Michał: Paweł dołączył do zespołu późną wiosną i okazał się być osobą bardzo sumienną. Mimo natłoku obowiązków udaje się mu regularnie dostarczać nowe paczki kodu. Dużą zaletą współpracy z nim jest przewidywalność. Gość jest w stanie realistycznie oszacować ilość swojego czasu i realnie powiedzieć czego możemy od niego w danym tygodniu, czy miesiącu oczekiwać. Jego pojawienie się w zespole sprawiło, iż wreszcie mogliśmy pokazać coś konkretnego szerokiej publiczności.
Ok, czyli jak na razie wymieniliście 3 główne osoby. Czy jest ktoś jeszcze?
John: Oczywiście! Prawda jest taka, że przez naszą ekipę przewinęło się ładnych kilkanaście osób i wiele z nich wniosło do projektu coś od siebie. Ciężko wymienić teraz wszystkich, ale na pewno trzeba wspomnieć o Karolinie Janowicz, która przez wiele miesięcy była chyba najciężej pracującą osobą w zespole. Jej rola polegała na testowaniu różnych kanałów promocji i, ogólnie pojęty social marketing.

Michał: Karolina wzięła na siebie kupę ciężkich i niewdzięcznych zadań, na które mało kto miał ochotę: wywiady z nauczycielami i uczniami, prowadzenia Fanpage’a i eksperymentowanie z różnymi sposobami dotarcia do klientów. Mimo, iż obecnie również pracuje na etacie-dużo się dzięki niej nauczyliśmy i wiemy już dość dobrze jakie metody sprawdzają się lepiej, a które gorzej.
Czyli na przykład?
Michał: Hmmm… Wiemy na przykład, że kompletnie nie sprawdza się promocja mailingowa…
John: Czyli SPAM-nazwijmy rzeczy po imieniu.
Michał: OK, nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało, ale niech będzie :D. To generalnie rada dla wszystkich-nie słyszałem w zasadzie, żeby komuś ta forma „promocji” się sprawdziła, ale najwidoczniej musieliśmy przekonać się o tym sami.
Od początku wiedzieliśmy, że ogromny potencjał tkwi w społecznościówkach, ale nie do końca wiedzieliśmy jak ten temat ugryźć. Niby każdy (lub prawie każdy) ma konto na jednej lub kilku, ale pomiędzy korzystaniem z sieci do utrzymania kontaktów ze znajomymi, a używaniem ich jako narzędzia skutecznej promocji jest spora różnica.
John: Przerobiliśmy Facebook, G+, Twitter, Pinterest… Ogólnie zostaliśmy jedynie przy Fejsie, jako że dawał najlepsze efekty.
W jaki sposób Facebook pomaga wam w budowaniu popularności?
John: Ogólnie nie ma tu jakichś magicznych sztuczek. Musisz być kreatywny i wrzucać ciekawe treści. Jeśli będziesz do tego sprytnie wplatał w nie informacje o swoim produkcie, to użytkownicy zaczną przychodzić sami.
Michał: Ja bym powiedział, że sekret w zdobyciu szerokiej rzeszy użytkowników to umiejętność zgrania treści, czasu i miejsca. Czyli wrzucenie ciekawego posta w dobrym momencie na odpowiednim fanpage’u, bądź wydarzeniu.
Z odkryciem tego faktu wiąże się zresztą śmieszna historia. Pewnej niedzieli zadzwonił do mnie John i krzyczy podjarany: „serwer JJ English padł!”. Pytam, czy to taki powód do radości, w odpowiedzi usłyszałem, że właśnie w ostatnie 4 godziny wyczerpaliśmy miesięczny limit transferu na wykupionym hostingu :D. Przez pół dnia ilość rejestracji wyniosła chyba więcej niż przez poprzednie 2 miesiące istnienia aplikacji.
Potem zresztą przestało być zabawnie, gdy podjąłem próbę postawienia serwera z powrotem. Stronką na której stała appka opiekował się znajomy, który akurat przebywał w UK i niespecjalnie odbierał telefon. Potem były jaja z pogubionymi hasłami… Ogólnie wyszło mocno nieprofesjonalnie i appka stanęła z powrotem dopiero po jakichś 2 dniach. Tym razem już na hostingu zakupionym i kontrolowanym w 100% przez nas, żeby uniknąć podobnych akcji w przyszłości.
Jakie plany na przyszłość?
John: To bardzo dobre pytanie, które zależy w największej mierze od sukcesu naszej obecnej kampanii zbierania funduszy na portalu Kickstarter. Generalnie-obecnie mamy w bazie 2 000 słówek, w niedługim czasie chcemy zwiększyć ich liczbę do 10 000. Chcielibyśmy też zaangażować w mocniejszym stopniu użytkowników i sprawić, by mogli oni sami dodawać słówka do bazy.
Ważną funkcjonalnością, która ma być wyróżnikiem JJ English spośród podobnych aplikacji ma być Panel Nauczyciela. Czyli moduł, ułatwiający zarządzanie dużymi grupami uczniów, automatycznego dobierania ćwiczeń do poziomu ucznia, łączenia w grupy na zajęciach, generowanie testów i zadań domowych jednym kliknięciem…
Michał: Ja z kolei oczekuję na moment, w którym zaczniemy projektować bardziej zaawansowane gry językowe. Przyszłość nauki widzę w grywalizacji oraz programach, pozwalających na szybkie „rundki” np. w trakcie jazdy autobusem, czy czekaniu w kolejce w urzędzie. W głowie mam multum pomysłów-wariacje wokół klasyków typu Space Invaders, Galaga, czy mix Tetrisa ze Scrabble. Jeśli do tego dodamy multiplayer i odpowiednio zbalansujemy poziom trudności mamy szansę zrealizować ideę „nauki przez zabawę” lepiej niż zrobił to ktokolwiek wcześniej.

John: W dalszym ciągu najważniejsza będzie realizacja naszej misji, jaką jest popularyzacja nauki języka i dostarczenie narzędzia, które automatycznie dostosuje proces nauki do indywidualnych potrzeb każdego ucznia. Grywalizacja jest tu elementem wspomagającym-nie od dziś wiadomo, że emocjonalne zaangażowanie zwiększa efektywność nauki w trudny do przecenienia sposób.
Zatem życzę powodzenia i trzymam kciuki za powodzenie kampanii!






