Szczecin 6

Ludzie są fajni [wywiad z Stanisławem Syrycą, który sprzedaje szczecińskie pamiątki z okna wprost z mieszkania]

Stanisław Syryca — znany wśród turystów i szczecinian jako „pan z okienka z pamiątkami”. Od początku lat 90. sprzedaje książki i pamiątki wprost ze swojego mieszkania. Zapukaliśmy w okno jego kramu i mieszkania przy placu Żołnierza Polskiego, aby dowiedzieć się, jak narodził się pomysł na sklep, w jaki sposób radzi sobie z niepełnosprawnością i z czego Szczecinianie mogą czuć się dumni?

Z wywiadu dowiecie się m.in.:

  • Jak zaczęła się przygoda ze sprzedażą pamiątek z okna?
  • Jak Pan Stanisław radzi sobie z niepełnosprawnością?
  • Jak wg niego zmienił się Szczecin na przestrzeni lat?
  • Jakie ma ciekawe historie związane z tym miastem?
  • Czy ktoś mu pomagał sprzedawać pamiątki?
  • Jakie ma marzenia?

Aleksander Dwojakowski: Jak narodził się pomysł na sklep z pamiątkami?
Stanisław Syryca: Na początku lat dziewięćdziesiątych interesowałem się bardzo literaturą science-fiction i miałem całe mnóstwo książek o takiej tematyce. Zagracały mi cały dom, więc postanowiłem pozbyć się części z nich.
Pewnego razu otworzyłem okno i tak po prostu wystawiłem kilka książek na parapecie, a przechodnie zaczęli podchodzić i kupować.

W tamtych czasach, odbywały się na starym mieście jarmarki i inne duże imprezy, na które ludzie przechodzili pod moimi oknami, zwracając coraz częstszą uwagę na mój mały kramik.

Gdy książki sci-fi zeszły, zacząłem dokładać materiały związane z historią Szczecina, do której miałem zamiłowanie. W następnych latach do okienka zaczęło przychodzić coraz więcej turystów, także z Niemiec. W związku z nimi pojawiły się pamiątki, widokówki i magnesy.

Czy postrzega pan swoją pracę jako sposób na zarobek, czy raczej jako hobby?
Swój biznes traktuję trochę jako zabawę i hobby. Przyjemnie jest spotkać się z ludźmi, bo ludzie są fajni. Jako inwalida poruszający się na wózku, mógłbym polegać na samej rencie, odizolować się od świata, zaszyć przed komputerem lub telewizorem, ale to nie ma sensu. Sprzedaję pamiątki i nawet jak nie zarobię, zostaje mi renta. A nie mam wielkich wymagań, nie chodzę zbytnio na dziewczynki, ani nie urządzam wystawnych kolacji, dzięki czemu starczy mi na spokojne życie.

Czym się Pan zajmował przed powstaniem sklepu?
Do Szczecina przyjechaliśmy z Koszalina z rodzicami, gdy miałem kilka lat. Moja mama była woźną w studium nauczycielskim przy ul. Wielkopolskiej. Skończyłem tam podstawówkę, a później uczyłem się w Liceum Ekonomicznym nr 2 przy ul. Bogurodzicy.

Pamiętam, że gdy uczyłem się w liceum, trwały rozruchy szczecińskie w 1970 roku. Wspominam, jak moja mama mnie ostrzegła: „Chowaj się za filarem, bo cię zabiją”.

Po maturze poszedłem do Handlowej Spółdzielni Inwalidów. Po przepracowanym roku udałem się na studia zaoczne na Politechnice — był to Wydział Ekonomiczny przy ul. Mickiewicza. W latach 70-tych była tam taka fajna stołówka. Kupowało się w niej i jadło nereczki.

Studiowałem 8 lat, obroniłem pracę magisterską z: „Ewidencji i amortyzacji środków trwałych”. Dobrze wspominam wykładowców z tamtych czasów takich jak prof. Swater – ekonomista, który tłumaczył nam różne pojęcia, takie jak teoria konwergencji dość okrężnie, tak aby przekazać nam wiedzę rzetelną, a jednocześnie nie narazić się ówczesnym władzom.

Pamiętam, że prawa uczył nas taki szczupły Pan Profesor Górski. Nie zapomnę również, miłej Pani Profesor Maniak, to była mama tego słynnego biegacza Wiesława Maniaka, który w latach sześćdziesiątych był najlepszy w Polsce i Europie w biegu na 100 m.

Czy przyszło panu do głowy, żeby zmienić „okienko”?
Ze względu na moje warunki fizyczne mam ograniczoną mobilność i nie mogę sobie na to pozwolić. Jeżdżę na wózku od dziecka. Do czasów szkolnych chodziłem jeszcze o kulach. Pamiętam, jak oparty o nie potrafiłem wchodzić i schodzić po Wałach Chrobrego z pierwszego tarasu po tym stoku. To było wydarzenie!

Inną przygodę miałem w sanatorium w Cieplicach Śląskich, pewnego razu wyszedłem sobie z niego o ósmej rano po śniadanku i poszedłem w góry. Wdrapałem się na górę Śnieżnik i na pobliską wieżę zamkową. Tam z oddali miałem piękny widok na taflę taflę basenu w Trzebieszowicach. Później zszedłem na dół i dopiero na 21:00 byłem z powrotem w szpitalu sanatoryjnym. Po drodze przedzierałem się przez strumyk i zarośla dzikich róż, to byłem cały podrapany.

A teraz już trochę się opuściłem i nie za bardzo mi się chce już takie wspinaczki urządzać.

Co panu daje najwięcej siły w walce z chorobą?
Jestem chory od urodzenia, więc nie za bardzo traktuję to jako chorobę. Po prostu taki stan, który się nie poprawi i mam tego świadomość. Aby kompletnie nie stracić władzy w ciele, staram się ćwiczyć.

Trzy razy w tygodniu przez godzinę trwa rehabilitacja, a później przychodzą do mnie dwie miłe panie, które się mną opiekują i jak przynoszą rano śniadanie to w ilościach, którymi trzech by się najadło i mówią „Stasiu, ty musisz jeść!”.

Czasami lubię zjeść coś oryginalnego. Kiedyś próbowałem gęsi, ale okazała się mdła. Gdy na starym mieście odbywają się te Jarmarki Jakubowe i inne imprezy, to nieraz omotam jakiegoś przypadkowego klienta, żeby poszedł i mi coś kupił. Ryzykuję, że pójdzie z pieniędzmi i nie wróci, ale nigdy tak się nie dzieje.

Co Pana zdaniem zmieniło się w Szczecinie na przestrzeni lat?
Szczecin się rozwija, ma dużo potencjału i przestrzeni. Często ktoś przychodzi do mnie i mówi – Niech ktoś w końcu, zainwestuje w ten Szczecin.

Szczecin jest przyjemnym miastem, ma swoją specyfikę, nieco zapomnianego miasta-sypialni ale widać zmiany na lepsze. Trzeba pamiętać, że cały przemysł został wykoszony, ale na szczęście to powoli się odradza.

Miasto się ładnie rozbudowuje — ale wiem to ze słyszenia — bo sam przez większość czasu widzę tylko tyle, co przez moje okienko. Szczecin to miasto, z którego wielu ludzi wyjechało, ale bardzo dobrze wspominają i tęsknią.

Przed wojną to było zaplecze Berlina. Przed 1936 padł taki pomysł, żeby wybudować tu stadion olimpijski. Miały być organizowane zawody wodne, czyli wioślarstwo i żeglarstwo. Nawet są takie szkice i fantastyczne plany. Niestety nic z tego nie wypaliło.

Szczecin został zaplanowany jako miasto-ogród tak, aby wybrać się spod zamku czwórką koni, przejechać się alejami i placami na Jasne Błonia i zrobić na nich piknik.

Czy w Szczecinie przybywa turystów?
Mam wrażenie, że jest to stała liczba osób, ale w tym roku było ich trochę więcej za sprawą Tall Shipów. Wydaje mi się, że poprzednie regaty były bardziej różnorodne pod względem publiczności, Wtedy pojawiali się Brazylijczycy i marynarze z rosyjskich statków, którzy nawet gdy nie mieli pieniędzy, potrafili odrywać pagony od mundurów i guziki, żeby dostać jakiś towar. Ja im na to „Tacy jesteście? No dobrze”. Na pamiątkę po nich został mi cały worek takich drobiazgów.

Czasami przychodzą do mnie naprawdę interesujący ludzie. Swego czasu spotkałem potomkinię słynnej czarownicy Sydonii van Bork, która na początku XVII wieku tutaj – przy Bramie Młyńskiej – została ścięta, a następnie spalona.

Źródło: lecenaszczecin.pl

Na co w Szczecinie zwracają uwagę klienci?
Mówią, że miasto jest bardzo ładne, z dużą ilością zieleni, przestrzenne, a Wały Chrobrego są dobrze usytuowane. Na przełomie XIX i XX wieku w Szczecinie rządził nadburmistrz Hermann Haken, który ocalił Fort Leopold od zabudowy i zrobił z niego piękne tarasy. Niektórzy mówią, że mamy niezwykłe usytuowanie tych wałów, które nadają się na widownię dla teatru, albo odtworzyć Aidę Verdiego lub inną operę. Co roku mamy fajerwerki, które stały się już tradycją.

Z czego Szczecin może być dumny?
Szczecin powinien być dumny z solidarności, bo to u nas ten zryw się rozkręcił, a dopiero później Gdańsk się podpiął. Szczecin powinien cieszyć się ze swojego położenia, spokoju i wszechobecnej zieleni.

Ostatnio miałem tutaj anglojęzycznego klienta, elektryka z Włoch, który pracuje tutaj w Gardnie lub Resku, co może wskazywać na to, że u nas zaczyna robić się na tyle atrakcyjnie, że przyjeżdżają nawet pracownicy z zachodniej europy.

Co należałoby zmienić w Szczecinie?
Nie ma jasnego pomysłu, w jakim kierunku iść gospodarczo. Potrzebny jest poważny przemysł, rozwój portu. Myślę, że należy pogłębić tor wodny do Świnoujścia nawet do 20 metrów, tak aby wpłynęły do nas te wielkie statki wycieczkowe podobnie, jak w Gdyni. Poprowadzić tramwaj do Dąbia, a tam stworzyć małe lotnisko dla wodnopłatów. Powinniśmy wykorzystać zaniedbane a ładne miejsca jak, chociażby Wieża Gocławska. Potrzebne są kawiarenki. Turystyka — to na pewno. Myślę, że na wszystko przyjdzie czas, wszystko w tym mieście powoli idzie do przodu.

Jakie ma pan zajęcia poza „okienkiem”?
Historią interesuję się wyrywkowo, nie jestem usystematyzowany w tym. Lubię czytać ciekawostki technologiczne i techniczne. Na co dzień siedzę od rana do wieczora tutaj przy oknie, czasami obejrzę coś w telewizji lub Internecie. Ostatnio dużo słucham Jaromíra Nohavicy, czeskiego pieśniarz i poety.

Dużo rozmawiam z ludźmi. Przypomina mi się czas transformacji gospodarczej. Pamiętam, że przyszła wtedy do mnie taka biedna Pani bez pracy, nie wiedziała co ma zrobić ze sobą i zapytała: „czy mogłabym się u Pana zatrudnić?” Odpowiedziałem: „Bardzo chętnie, ale niech pani popatrzy na moje okienko, czy tutaj się zmieści jeszcze jedna osoba?”.

Ci ludzie, którzy nie mogli się dostosować do tego systemu kapitalistycznego to albo wymarli, albo się musieli przestawić. Pamiętam, że kręcił się tu taki facet, pijaczek, który brał ode mnie pocztówki i sprzedawał. Jednego razu mi zapłacił, a drugiego nie.

Powiedziałem do niego „Słuchaj kochany, wiesz na czym byś zarobił? Napisz sobie tabliczkę — Jestem ostatni pijak rzeczpospolitej, komunizm zrobił ze mnie szmatę — byś miał więcej kasy niż z tych pocztówek. I w końcu człowiek umarł.

Autor zdjęcia: Krzysztof Żurawski

Był tu też taki młody łobuziak, który kradł z turystycznych autobusów i mówił, że Niemcy teraz są coraz bardziej ostrożni i nie dają się okradać, więc trzeba jechać, kraść do Niemiec. Ja mu na to odpowiedziałem „Ty jedź do Niemiec, ale przypomnij sobie co to było Rote Armee Fraktion – terroryści działający w Niemczech, policja złapała dziesięciu i posłano ich do więzienia. Tydzień później z więzienia do rodziny przychodził smutny komunikat: „no niestety, przykrością informujemy, ale więzień potknął się o mydło i skręcił kark w łazience, no przykro nam bardzo”; wtedy ten łobuz mi odpowiedział „no to my już tam nie pojedziemy, nie będziemy kraść”.

Czy wiara i religia jest obecna w pańskim życiu?
Podchodzę do religii w sposób niejako pragmatyczny. Kiedy byłem na studiach, miałem zajęcia z ekonomii politycznej socjalizmu. Zwykła ekonomia jest prosta jak drut: plusy, minusy, a z EPSu trzeba było wkuwać abstrakcyjne formułki, o których dzień po egzaminie się zapominało.

I modliłem się wtedy: „Panie Boże, pomóż mi, żebym zdał ekonomię polityczną socjalizmu” i nic się nie uczyłem, a później okazało się, że nie zdałem i musiałem powtarzać rok.

Przychodzi do mnie tutaj Ksiądz Jan Kazieczko i co miesiąc mnie spowiada. Pewnego razu dałem mu 5 magnesów i następny dzień był dla mnie wyjątkowo dobry, a klientów też jakby dwa razy więcej.

Według mnie trzeba tą religię naszą kultywować. Rozumiem, że są w niej pewne rzeczy, które nam się nie podobają, ale ta religia nas konsoliduje i bez niej byłoby nam źle.

Traktuję ją jako taką rzecz, która nas łączy i wychowuje, abyśmy się nawzajem nie pozabijali. Bo gdyby nie religia, to mielibyśmy do tego o wiele mniejsze opory. Religia sprawia, że nie jesteśmy zwierzętami. Chrześcijaństwo jest wyjątkowo dobre, bo uczy samodzielności, mówiąc „Oddaj cesarzowi co cesarskie i Bogu co boskie” co jest pewnym rozdwojeniem, ale dzięki niemu jesteśmy bardziej logiczni i myślimy też za siebie. Inne religie są mniej praktyczne, co pokazuje historia: Kserkses pod Salaminą rozkazał żołnierzom łańcuchami chłostać fale, aby się uspokoiły.

Z kolei muzułmanie po zdobyciu Konstantynopola, odkryli wielką bibliotekę pełną wyjątkowej wiedzy. Sułtan rozkazał: „Spalić, Koran jest najważniejszy!

Co mógłby Pan powiedzieć osobom niepełnosprawnym, którym brakuje uśmiechu w życiu?
Żeby się nie cackali nad sobą, tylko zmobilizowali i robili coś fajnego w życiu, tak by nie być zbyt ociężałym dla najbliższych.

Jakie ma pan marzenia?
Na pewno chcę być zdrowym albo utrzymać to zdrowie, które mam. Chcę spotykać się z ludźmi i mieć fajne relacje, bo to ważne.

Chciałbym się wybrać na Marylę Rodowicz w Teatrze Letnim. Pojechałbym do Londynu, żeby zobaczyć koncert Roda Stewarta w Royal Albert Hall. Zobaczyć las bambusowy w chinach i zorzę polarną w Laponii. Na kole podbiegunowym jest taka wioska, która ma dachy ze szkła i można sobie ją poobserwować.

Chciałbym nałożyć sobie okulary 3D VR i zobaczyć przez nie coś ciekawego.

Opowiem panu taką bardzo starą, ruską bajeczkę rysunkową, która zapadła mi w pamięć: Była sobie mała małpka, pewnego razu pochyliła się nad taflą jeziora i nieświadoma niczego zobaczyła drugą małpkę, która była wykrzywiona na nią, stroiła złe miny i zamachnęła się łapką, żeby ją uderzyć. Przestraszona małpka popłakała się, uciekła do sowy i mówi do niej:
– Kochana sowo, tu jest takie stworzenie, które krzywo na mnie patrzy i chce mnie zbić.
A sowa na to: – Wiesz co dziecko, idź tam do tego jeziorka i uśmiechnij się.
Małpka wróciła nad jezioro, uśmiechnęła się do małpki i ta druga też się uśmiechnęła.

Dziękuję za pozytywną rozmowę i życzę wszystkiego dobrego!
Dziękuję. Wszystkiego dobrego!

Zobacz również inne artykuły

  • świetny wywiad, dziękuję

  • casidy

    Wystarczyło przejrzeć profil tego „Pana ” na fb i to wystarczy żeby nic tam nie kupić, masakra tu tak miło ładnie itd. a tam ….cóż jaki blog takie wywiady ..profil ma fb a nie wie co się w Szczecinie dzieje gdzie są różne fora,profile itd. ale to zbyt ambitne widocznie ,bez komentarza.

  • casidy

    Ciekawe czy w niedzielę tez handluje … przecież to dzień święty, a niedługo zakaz handlu dla wybranych …

Przeczytaj poprzedni wpis:
14 najdziwniejszych rzeczy, które trafiły do biura rzeczy znalezionych

Zdarza Ci się to po raz kolejny. Pół godziny przeszukiwania mieszkania i wciąż nie możesz znaleźć telefonu, kluczy lub portfela....

Zamknij