O muzyce, o Szczecinie, o początkach przy gramofonach. Można powiedzieć, że standardowo, ale zapytałem również o wizje post-apokaliptycznie, o tym, jak w Szczecinie podchodzą właściciele klubów do pracy DJ. Na moje pytania odpowiada Szymon Karpierz aka Zombie – DJ, producent muzyczny, autor Kanapy Trippin. Niezwykle brutalnie szczery wywiad. Zapraszam!

Zombie w Barcelonie
Paweł Krzych: Pamiętasz swoje pierwsze chwile przy gramofonie? Jak je wspominasz? Jak zaczęła się Twoja miłość do turntablismu?
Szymon Karpierz (Zombie): Pierwsze chwile przy gramofonie, to był potężny stres, ale też mocno pozytywna akcja improwizowana. Miałem kilka swoich płyt winylowych z drum’n’bassami, trochę pożyczonych od znajomych, a w domu jedynie katastrofalny gramofon unitry do odsłuchu. Pojawiła się opcja pogrania na urodzinowej domówce, a że do tej pory pogrywałem tylko techno liveacty na 2 komputery Amiga.
Strasznie się zajawiłem, że w końcu da radę dopchać się do prawdziwych didżejskich gramofonów. Nie umiałem nic kompletnie, ale od jakiegoś czasu przypatrywałem się na imprezach na tamie pomorzańskiej i DSie jak używać pitcha, talerza i odsłuchu. Granie na owej domówce jakoś poszło.
Turntablizm to zupełnie inna historia, to znaczy ja tak się w tym odnajduję – miksowanie winyli w różnych wariantach gatunkowych to tylko kwestia selekcji i umiejętnego, płynnego łączenia ze sobą utworów mniej więcej w podobnym klimacie i prędkości. Zwykłe „didżejstwo”, a turntablizm, w moim mniemaniu to korzystanie z gramofonu jak z instrumentu muzycznego – generowanie bitów (drumming), pociętych tonów o różnej wysokości i rytmicznych CUTów i skreczy.
Dla mnie przygoda z turntablizmem w tym wydaniu zaczęła się stosunkowo niedawno i jestem w tym bardzo raczkującym początkującym, ale zdecydowanie jest to przygoda na całe życie i niekończąca się mobilizacja do treningu. Na szczęście w Szczecinie są absolutni spece w tej materii, głowy mają na swoim miejscu i mimo międzynarodowego turniejowego poziomu, potrafią podzielić się konstruktywnymi wskazówkami i motywować do działania, a nie niszczyć wyższoscią i niezdrowym współzawodnictwem. Wielkie pozdro i czapka z głowy dla nich za to!
Szczecin to dobre miejsce do rozwoju takiej pasji i/lub pracy?
Każdy, kto tu mieszka lub przebywa od dłuższego czasu wie, że w Szczecinie trzeba się napocić trochę bardziej niż w innych miastach. Muzyka, scena klubowa i sami twórcy i instrumentaliści są niesamowici, ale tutaj trzeba się mocno nagimnastykować żeby jakoś to wszystko pchać pod górkę.
Nie będę zwalał niczego na publikę i clubbersów, bo to zbyt proste. Często dziwna polityka właścicieli klubów potrafi zniechęcić, ale warto się dogadywać, szukać dialogu, bo to oczywiste, że każdy klub chce zarobić.
Często polityka „marketingowa” różnych miejscówek polega mniej więcej na tym, że udostępniają klub i nic poza tym. Często również z całą masą postaw roszczeniowych, a ich działania promocyjne często ograniczają się do wpisu na FB. W bardziej konkretnych przypadkach do postawienia eventu albo umieszczenia info na zbiorczym rozkładzie jazdy w lokalnych info gazetkach kulkturalnych.
W skrócie – przyjdź, wszystko zorganizuj, rozpromuj, ogarnij, zrób fotorelację, zrób wszelki noiz i co się da, po swoich kosztach, ale na poziomie super pro elo MTV, rozlep plakaty jak sobie je wydrukujesz, lub ulotki itp.
Ja będę kasował twoich gości za piwo po 9 pln i wywalę ich jak bedzie chwila przestoju na barze. Wielu aktywnych muzycznie ludzi to zwyczajnie zniechęca, dla innych jest to motywacja, żeby „uciekać z muzyką w podziemne inicjatywy nonprofit lub wręcz półlegalne wydarzenia. Jeszcze inni odpuszczają, a ci którzy mogą sobie na to pozwolić, próbują własnym sumptem odpalać swoje klubowe inicjatywy, albo miejscówki.
Z różnymi skutkami. Brak natychmiastowego efektu finansowego nie sprzyja motywaccji i zaczyna się odjeżdżanie w bardziej popularne i dyskotekopodobne klimaty.

Szymon Karpierz aka Zombie
Szczecin zawsze miał potencjał, ale walka o odblokowanie tego potencjału już niejednemu człowiekowi zainstalowała wrzody i wręcz awersję do konkretnych działań klubowych i muzycznych. Środek ciężko znaleźć i inicjatywy padają, niejedno fajne radio w tym mieście zwyczajnie się zmarnowało, albo przez brak wsparcia finansowego, albo przez archaiczną politykę marketingową osadzoną mocno epoce jurajskiej.
Organizując i grając na imprezach przez lata mam wiele wniosków, ale sam nigdy nie porwałbym się na otwarcie swojego klubu w Szczecinie. Jak już pominie się ten wątek pieniężny i biznesowy, to muzyka w naszym mieście nadal ma się świetnie – ludzie spotykają się w domach, żeby sobie po prostu pograć, poskreczować, pofisiować na różne sposoby.
Jeszcze inni ratują się znalezieniem swojego środka podwójnym życiem, typu dicho kotlet zarobkowy, średnio opłacalny, ale pewny w miarę zarobek/zysk kontra stupocentowo antyszmalowa muzyczna wyżywka bez hamulców. Nauka i obserwacja tego wszystkiego na twardo to ciężka, ale mocno edukacyjna sprawa.
Jak ktoś przetrwa taki trening świadomości, jak kreatywna koncepcja artystyczna, a brutalna rzeczywistość wygląda w praktyce, wszędzie poza Szczecinem da radę. Podejrzewam, że przekłada się to nie tylko na clubbing i muzykę.
Hit, który dotarł do mnie jakoś całkiem niedawno, to plotka, że jeden ze szczecińskich klubów ustala politykę, że didżeje jeśli chcą zagrac w tym klubie, mają uiszczać jakieś opłaty. Można się z tego uśmiać, ale można też zastanowić się nad tym chwilę. To mniej więcej w pigułce obrazuje jak to tu wygląda. Na szczęście nie zawsze i nie we wszystkich przypadkach.
Wielu moich czytelników najbardziej kojarzy Cię z cyklu Kanapa Trippin. Nim jednak o niej porozmawiamy, to chciałbym byś opowiedział, czym jeszcze się zajmujesz (muzycznie i nie tylko jeśli chcesz opowiedzieć).
Zajmuję się wieloma rzeczami związanymi z dźwiękiem: komponowaniem muzyki do filmów, reklam, spotów promocyjnych, gier komputerowych, kampanii społecznych, wszelakich różności, próboję swoich sił w edycji wideo, współpracuję z różnymi organizacjami pozarządowymi.
Co się da, ale mniej więcej na około swoich zainteresowań, umiejętności i doświadczenia. Czasami jest bosko i temat płynie super, czasem się odechciewa, a czasem dostaje się soczystego lepa prosto w ego, w wyniku konfliktu swoich wizji artystycznych kontra oczekiwania. Powodowane jest to również przez marudzenie i brak ogaru zleceniodawców.
Od kilku lat w sezonie letnim jeżdżę na obozy z młodzieżą i prowadzę zajęcia warsztatowe z zakresu podstaw miksu, obsługi gramofonów i reszty didżejskich sprzętów. I tu w tym momencie chciałbym mocno i dobitnie zweryfikować stereotyp zblazowanych, znudzonych, poprzyklejanych do smartfonów i tabletów dzieci i młodzieży.
Entuzjazm małolatów, jesli zainteresuje sie ich tematem i podejdzie do tego na luzie, po ludzku jest niewiarygodny. Zajawiają się natychmiast, łapią wszystko w lot i ewidentnie mają z tego frajdę. Początkowo prowadziłem działana warsztatowe i edukacyjne jedynie z ludzmi pełnoletnimi, ale znajomi zaproponowali mi udział w takich działaniach na obozie dla dzieci i pohulało to całkiem nieźle.
Obawiałem się „problemowych” grup wiekowych, gdyż nie mam żadnego wykształcenia pedagogicznego, ale okazało się że najważniejsza jest prosta, klarowna komunikacja, bez pokrzywionego belferskiego podejścia luz i frajda z działania.
Kolejną wesołą i w miarę świeżą przygodą, jest odpalenie swojego autonomicznego strimingu radiowego. Ja lubię sobie pogadać, a zwłaszcza o muzyce i wszelkich innych ciekawych, naokoło muzycznych wątkach. Sprzęt do grania w domu, w połączeniu ze stałym łączem internetowym spokojnie wystarczy, żeby samemu „od A do Z” odpalić internetowe, żywe „radio” ze swojego własnego fotela.
Autonomiczną koncepcję muzyczną, bez cenzury, bez głupkowatego nastawionego na łapanie każdego potencjalnego reklamodawcy i słuchacza klimatu. Raz że to pozwala szlifować w boju radiową płynność gadania choćby z minimalnym sensem, pozwala wyżyć się odrobinę antysystemowo i ponarzekać na twardo na kretynizm pewnych instytucji. Można też zwyczajnie zresetować nerwy puszczając w świat muzykę z odrobiną komentarza.
W czasach szybkiego i dostępnego prawie wszędzie internetu, streamingów radiowych są tysiące, ale mi osobiście często brakuje w tym organicznego elementu który to wszystko ładnie spaja – głosu. Mozna się całkiem sporo nauczyć o mechanice portali społecznościowych, ogarniając bez żadnego budżetu jakąś formę promocji, docierania do ludzi i paru innych użytecznych praktycznych i technicznych patentów.
Nie ukrywam, iż frajda z braku cenzury i możliwość „ironizowania” lub wręcz błazeńskiego szyderstwa z polskiej rzeczywistości w połączeniu z postpiwnym zespołem Touretta i pozytywną muzyką jest wielce zabawna. Wszystko wszędzie dookoła jest poprawne politycznie do przesady.
Ja wychowałem się na szyderczych kreskówkach i monty pythonie, więc nie widzę w tym nic złego. Demokracja polega też między innymi na tym, że każdy głupek i cham może się wypowiedzieć, a nawet wykrzyczeć. Niejeden zresztą z takich głupków piastuje wysokie rządowe stanowiska, więc moje szyderstwo i bycie gburem na mikro streamingową skalę ujdzie w tłoku.
Jeśli ktoś poczuje się urażony treścią lub formą audycji, może zwyczajnie zamknąć przeglądarkę i już. Na razie wszystko pełza sobie dosyć amatorsko, ale jest to zdecydowanie wesoła i odprężająca przygoda, w szczególności jeśli środki finansowe wynoszą zero złotych. Jest to fajny sposób, żeby odreagować muzycznie zawodowe i klubowe kompormisy, które czasami odbierają motywację.
Wielokrotnie w swoich audycjach wspominałeś o klimatach post-apokaliptycznych. Myślisz, że takie czasy nastaną?
W skrócie – TAK. Dopóki liczby głowic w arsenałach nuklearnych są wyrażane wartościami pięciocyfrowymi, systemy globalnej komunikacji i interpretowania danych nadal nie są bezawaryjne w działaniu, a konflikty zbrojne, albo wewnętrzne awantury w państwach, wybuchają w coraz to nowych miejscach na świecie, jest dosyć spore prawdopodobieństwo jakiegoś straszliwego błędu systemowego, złego zinterpretowania danych, lub utraty kontroli nad arsenałem w wyniku np lokalnej rewolucji.
Przygniatające jest to, że największy w historii ludzkośći i najlepiej dofinansowany i zorganizowany projekt naukowy, zrzeszający najdoskonalsze umysły swoich czasów, miał na celu zbudowanie broni masowej zagłady i na dodatek w szczytnym celu.
To wiele mówi o naturze człowieka, czasach w których żyjemy i kierunku w którym zmierzamy. Projekt Manhattann kierowany przez Roberta Oppenheimera miał na celu zbudowanie bomby przed nazistami i zakończenie wojny w Europie. Gdyby mieli te same środki, skład osobowy i infrastrukturę, prawdopodobnie poradzilyby sobie z dowolnym innym projektem naukowym, takim który mógłby przynieśc znacznie większe i pokojowe korzyści ludzkości, niż katastrofalnie niebezpieczne źródło energii i broń masowej zagłady.
Są tacy, którzy twierdzą że apokalipsa już sie wydarzyła i trwa. Są miejsca na świecie, gdzie konflikt zbrojny i mordowanie są na porządku dziennym od lat. W Polsce też jest całkiem sporo powojennych artefaktów – pomników zniszczenia i zagłady. Dobrze jest sobie żyć w błogiej nieświadomości i negować, co się działo i dzieje na świecie, ale odwracanie głowy i umywanie rąk od swojej odpowiedzialności i pozostawanie w błogiej niewiedzy z wyboru jest jedną z przyczyn problemu.
Pokój zimnej wojny, oparty na zasadzie wzajemnego gwarantowanego zniszczenia (Mutual Assured Destruction w skrócie MAD) kilkakrotnie chwiał się w posadach, a wtedy dużych arsenałów nuklearnych było tylko dwa. Dziś mocarstw atomowych jest znacznie więcej, kolejne państwa mają swoje własne aspiracje energetyczne oparte na atomie, gospodarka walutowa oparta na spekulacji na skalę globalną przeżywa wstrząsy co jakiś czas, a konflikty się rozprzestrzeniają.
Na to wszystko do tego jeździ sobie wesoły rządowy autobus i ciśnie pogodną atomową propagandę, roztacza wizje przyszłości niczym z Jetsonów. Nuklearnych entuzjastów odsyłam do książek:
- „Państwo Atomowe: O postępie ku nieludzkości” (Robert Jungk),
- „Testament dzieci Hiroshimy” (Arata Osada),
- „Ostatni Brzeg” (Nevil Shute).
Literatury, filmów fabularnych i dokumentalnych, które bezlitośnie obnażają nuklearne urojenia XX wieku jest sporo. Wystarczy poświęcić na to odrobinę czasu.
Ja np. wolę wiedzieć, choćby po to, żeby realnie ocenić swoje szanse przetrwania i zweryfikować jak za kilkadziesiąt lat może wyglądać świat, jeśli pewne globalne zagrożenia będą zamiatane pod dywan. Dzisiejsza młodzież i dzieci zwyczajnie nie będą miały pojęcia, że zyją na beczce z prochem, skonstruowanej przez starsze, mądre i zawsze krytycznie i arbitralnie oceniające młodszych pokolenia.
Wrócmy jednak do Kanapa Trippin. Skąd taka nazwa, nigdy nie spotkałem się z wytłumaczeniem tego. Czy kryje się za tym jakaś ciekawa historia?
Nazwa narodziła sie w bliżej nieokreślonych okolicznościach w Neuronie. Na ten moment wydaje mi się, iż chodziło o kanapowy klimat – czyli spokojna, a czasem dziwna i tripowa muzyczka do słuchania na fajnym nagłośnieniu na siedząco w konkretnym klubie, ale nie w formie tanecznej, ani kotletowo loungowej, jako tło do filiżanki japiszonskiej pappidipuppi za 15 zł.
W międzyczasie zaczynałem puszczać spokojne dźwięki w autorskiej audycji w ABC. I ta nazwa jakoś przykleiła się i do tego. Z biegiem lat forma i przekaz muzyczny kanapy poszerzył się o rozmaite wariacje, speszal edycje i tematykę, jednak rdzeń pozostał ten sam – spokojna muzyka, której nie usłyszysz w wielu klubach i stacjach radiowych.
Do tego różni ludzie za gramofonami ze swoją koncepcją czilautu i downtempo ponad wszystko. A ciekawych historii związanych nie tyle z nazwą co z samymi cyklami muzycznymi jest mnóstwo – śmieszne, dziwne, czasami groźne. Najczęściej jednak kanapie towarzyszył domowy klimat miejscówek, familijna atmosfera i bardzo pozytywne ludki ze swoimi koncepcjami czilautu.
Jakbyś mógł opowiedzieć trochę o historii samej audycji. Z tego co pamiętam, to trochę tego było: Radio ABC, abckru, szczecin.fm, a teraz na internetowych falach eteru.
Kanapa w opcji radiowej rozpoczęła się przy okazji reformy ramówki radia ABC, próbowałem dobijać się z mocniejszymi dźwiękami, ale temat nie przeszedł, a selekcja kanapowa w ABC zaczynała się sprawdzać i była spojna z nowym formatem radia.
Kilka lat później ktoś powiedział mi rozpoczęciu nowego projektu radiowego o charaketerze miejskim w Szczecinie, więc porobiłem wszelkie opisy, target audycji, opisałem formę, nagrałem demo, przekazałem szefom projektu, zatwierdzili i hulało razem z innymi audycjami w paśmie autorskim SzczecinFM.
Wiecznie testowa (bo nadal nie mam strony www ze strimingiem, ani żadnej regularności poza poniedziałkami) kanapowa audycja drogą internetową to koncept, który jakoś tak sam z siebie spontanicznie się nawinął wyjściowo jako platforma, do streamowania setów granych z domu ekipy NEW FACES, żeby promować swoje imprezy.
Odpalenie cyklicznej Kanapy stało się naturalną konsekwencją zapoznania się z technikami strimingu. Jest wiele niedociągnięć: technicznie nie da się przeskoczyć bariery jakości sygnału zależnej od przepustowości serwera.
Czasami zdarzają się straszne wtopy, albo wygłupy wymykają się spod kontroli, a raz zwyczajnie padł internet i audycja nie mogła się odbyć. Sam fakt, że można o tej porze co niegdyś w prawdziwych stacjach radiowych kontynuować swoja zajawkę juz kompletnie autonomicznie i cały czas uczyć się w boju radiowania i nawzajem napędzać strimingiem Kanapy w formacie klubowym i odwrotnie jest mocno pozytywny.
Doświadczenie zdobyte w prawdziwym radiu przydaje się, ale to jest trochę inna specyfika. Przede wszystkim wolność pod kątem formy i skonstruowania plalisty, oraz głupot werbalnych, które na wesoło lub na powaznie można nadawać z domu do domu, do ludzi których znam, z którymi co jakis czas spotykam sie na imprezach jest również pozytywnie mobilizującą sprawą.
To jest cały czas hobbystyczna zabawa i forma odreagowania muzycznego, ale kształci i nabiera rozpędu, którego nie przewidziałem. Pozytywny odbiór, interakcja z ludźmi i odzew stałej i powiększającej się cały czas grupy słuchaczy zaskoczył mnie maksymalnie. Z mojej strony ogromne podziękowania dla wszystkich słuchających.
Również w wydaniu klubowym było ciekawie – Schody, Mezzoforte, Maniana Pub, Neuron, Piwnica Kany, Shisha Pub. Które miejsce najbardziej Ci utkwiło w pamięci i dlaczego był to Neuron?
Wszystkie miejscówki w których odbywały się Kanapy miały swój indywidualny urok, plusy i minusy. Najprzyjemniej wspominam Neuron, bo tam to się zaczęło.
Ostatnimi czasy Kanapa Trippin działała w Sziszy, ale 2 tygodnie temu zakończylismy współpracę. Na ten moment pozostając przy audycji poczekam na rozwój sytuacji. Kanapa w opcji czwartkowej zawsze kiedyś powraca, fajnie byłoby też rozprzestrzenić się z kanapowym graniem poza Szczecin i Polskę, a już w ogóle super plan na przyszłość to nadawać Kanapę z jakiegoś klimatycznego zakątka świata, np z Kostaryki.
Twoje TOP 3 kawałków muzycznych to…
Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie zmieścić się w TOP 100 i wszystkie byłyby najlepsze, w zależności od klimatu i nastroju.
Mogę natomiast wskazać kilka ulubionych albumów płytowych które są ponadczasowe i uwielbiam do nich wracać i są arcydziełami i czilautu i muzyki w ogóle. Dj Krush „Zen”, Amon Tobin „Out from Out Where”, Massive Attack „Mezzanine”, Goldie „Timeless”, Aphex Twin „Druqks”, Dj Shadow „Entroducing”.
Lubisz Szczecin za…
Szczecin lubię przede wszystkim za znajomych, przyjaciół i rodzinę. Za miejsca z pozytywnymi małolackimi wspomnieniami i wszystkimi przygodami muzycznymi.
Do Szczecina przyjemnie jest wracac po jakims czasie w rozjazdach. Ale zdrowo jest też stąd wyjechac, zresetować głowę i zmienić podejście na „nieszczecińskie”. Jeśli to miasto nie nabierze klimatu i rozpędu, optymizmu i energii jak kiedyś, wielu ludzi stąd wyjedzie.
Dziękuję bardzo za arcyciekawą rozmowę.
Dzięki!






