statnio wybrałam się na niedzielny spacer. Idąc jedną z głównych ulic Szczecina zwrócił moją uwagę miniaturowy samochodzik z napisem „Jack and the Coffee”. Pomyślałam sobie „świetny!” i od razu przypomniało mi się, jak kiedyś jadłam hamburgery na jednej z poznańskich ulic, hamburgery… z samochodu.
Postanowiłam zgłębić temat i okazało się, że mobilne jedzenie nazywa się food track, a idea jaka mu przyświeca, to slow food. Odwiedziłam więc punkty, które oferują „jeżdżące jedzenie”. Ciekawa byłam ich historii, ich przeżyć, problemów.
Bro, znaczy „dobry”
Na ulicy Partyzantów 1 w Szczecinie stoi czarny samochód, na nim żółty napis „Bro burgers”, a w nim dwóch uśmiechniętych, młodych mężczyzn. Michał ma 24 lata, a Mateusz 27. Od miesiąca sprzedają burgery na szczecińskich ulicach. Nigdy nie mieli nic wspólnego z gastronomią, rodzin nie mają, na pytanie czy „hajs się zgadza” uśmiechają się i mówią, że owszem, tylko czasu mało.
Rano jedziemy po świeże mięso, potem przygotowujemy składniki i cały dzień stoimy, a w weekendy eventy.
Marzy im się zlot food tracków w Szczecinie, w innych polskich miastach już są. Ale to za jakiś czas, teraz za to czynnie działają na facebooku. Ostatnio zorganizowali konkurs na to, kto zje największego burgera. Właściwie nie oni się tym zajęli, a facebookowicze. Ktoś pochwalił się, że zjadł 4 burgery i fama poszła… Rafał – zwycięzca zjadł 10, zajęło mu to 48 minut, burgery miał za darmo, bo udało mu się przełknąć aż tyle.
Nazwa wzięła się od tego, że są braćmi. Kłócą się jak przystało na rodzeństwo, ale dają radę. -Ostatnio pani powiedziała nam, że po szwedzku „bro” znaczy dobry, liczymy na to, że to szczęśliwy zbieg okoliczności.

Źródło zdjęcia: www.facebook.com/broburgers
Zamówiłam soczystego burgera „Texas”, nazwy wymyślali sami, receptury burgerów też są ich pomysłem autorskim. Wrażenia? Jeden z najlepszych burgerów w moim życiu. Aż dziw, że właściciele od miesiąca „bawią się” w gastronomię.
Pies w nazwie
Po soczystym burgerze przyszła kolej na kawę. Kieruję się w stronę Wałów Chrobrego, a tam oprócz turystów dwa malutkie autka obok siebie. Jeden czerwony, drugi czarny. Jak się okazuje nie są to samochody tylko włoskie skutery Piaggo. Obok nich trójka młodych, uśmiechniętych ludzi.
Kamil, Paweł i Kamila. Nie są to właściciele, ale pracownicy. Czemu jeżdżą razem? Tak jest raźniej, ich właścicielki się znają i lubią. Zamawiam cappucino, bo zapach kawy unosi się w powietrzu i wprost nie mogę się oprzeć. Szukam naprędce pieniędzy w portfelu, a Paweł mówi: „Gratis od firmy za miłą rozmowę”.
Kłócę się, że nie i w końcu daję „piątkę”. Pokazują mi, gdzie jest cukier albo syrop do kawy.
-Wlej sobie.
I sprzeczają się, który mam wybrać. Stawiam na karmel. Mmmm, pyszne!
Wlewam syrop i jestem zaskoczona takim miłym przyjęciem, jednocześnie zastanawiając się, jak ta machina w ogóle działa.
-Jesteśmy w pełni mobilni, możemy być teraz na Wałach Chrobrego, a za piętnaście minut w zupełnie innym miejscu. Wszystko zasilane jest akumulatorami i gazem. Stoimy cały rok, tylko zimą musimy uważać, bo sprzęt zamarza i wtedy trzeba jechać do garażu.
Pytam, skąd taka nazwa: „Jack and the Coffee” – trochę dziwna i długa. Okazuje się, że właścicielka postanowiła nazwać interes na cześć swojego psa – Sashy – jacka terriera.
-Miniaturka Sashy jest nawet na logo, widnieje przy nazwie – mówi Kamila.
Po kawie, czas na kiełbaskę. Co chwilę musimy przerywać rozmowę, bo obok mnóstwo klientów kusi zapach aromatycznej kawy.

Źródło zdjęcia: www.facebook.com/jackcoffeepl
Hot-dog na pół
Oferta niewielka, bo tylko dwie rzeczy. Mały i duży hot-dog oraz kiełbaska.
-Miały być tortille, ale sanepid miał za duże wymaganie i właścicielka zrezygnowała z tego pomysłu, postawiła na prostotę, stąd hot-dogi, a nazwa „Spółka – kiełbasa i bułka’ to jej własna inwencja twórcza – informuje Kamil.
Zamawiam hot doga i pytam, czy nie mogę dostać pół, bo po burgerze nie wcisnę w siebie już zbyt wiele. Kamil kręci nosem i mówi, że nie, ale możemy się podzielić. Pieniędzy oczywiście nie przyjmuje.
-Skutery codziennie garażujemy. Tam mamy magazyn i myjemy je po całym dniu.

Źródło zdjęcia: www.facebook.com/spolkapl
Cafe na dwóch kółkach
Podążając szlakiem „jeżdżącego jedzenia” natrafiłam na kolejny pojazd oferujący kawę. Ha! Kawę i to nie byle jaką, ale z najstarszej szczecińskiej palarni.
-Ja i Jarek – właściciel Cafe roweru – stacjonujemy głównie na Jasnych Błoniach, kręcimy się w pobliżu pomników tak, aby zawsze można było nas z łatwością odnaleźć – tłumaczy Ola.
Jestem ciekawa, czy trudno się steruje takim rowerem i dostaję szansę przejechania się nim. Okazuję się, że to nie takie straszne, a do nauczenia się tego wystarczy mi kilka kursów wzdłuż alejek.
8.06.2014r. odbył się cykliczny zjazd przeróżnych rowerów pod nazwą „Rowerowy Szczecin”. Ola zabrała się tam ze swoim malutkim dwukołowym pojazdem z ciastkami, natomiast Jarek pojechał Cafe rowerem. Ogólna trasa wynosiła 15km, a miejsce spotkania, to placyk przy pomniku Adama Mickiewicza.
Chociaż Ola pracuje w tym „zawodzie” dopiero miesiąc, to bardzo lubi to zajęcie, ponieważ ciągłe przebywanie na świeżym powietrzu oraz kontakt z ludźmi sprawia jej wiele radości.

Źródło zdjęcia: www.facebook.com/CafeRower
Jestem tak zachwycona tymi ludźmi, atmosferą panującą wśród nich, skuterami, całym systemem, że najchętniej sama otworzyłabym food trucka. Na ulicy zaczepiam jeszcze p. Monikę, która tak, jak ja – zamawiała „mobilną” kawę i pytam, co sądzi o tym pomyśle.
-Uważam, że to wspaniały pomysł. Lokale już wyszły z mody, teraz czas na coś innego.
Zgadzam się z tą opinią i jestem przekonana, że jeszcze nie raz odwiedzę moich bohaterów. Wszyscy wspominają o zlocie food trucków w Szczecinie. Jestem pewna, że niedługo na Jasnych Błoniach bądź na Wałach Chrobrego zobaczymy ich wszystkich, jak z uśmiechem serwują kawę, ciastka albo burgery. Mamy już siedem mobilnych restauracji i z pewnością następne pojawią się na mapie Szczecina i będą przemieszczać się niesztampowymi pojazdami.






