
Widzieliście film „Looper”? Ja tak. Zostaliście skuszeni hasłami reklamowymi, że ten film to „Matrix tej dekady”? Ja tak. Co to wszystko ma wspólnego z nową restauracją Buddha Thai & Fusion Restaurant na Podzamczu? O tym za chwilę…
Wiadomość o powstaniu Buddha Thai & Fusion Restaurant mocno mnie ucieszyła. Tym bardziej, że wiedziałem, że organizacyjnie będą stali za tym ludzie od Bombay’u, który po prostu uwielbiam. Za każdym razem, jak tam jestem, wychodzę zachwycony. Niesamowita atmosfera, świetna obsługa, genialne jedzenie („orgazm na sucho”). Niektórzy mogą stwierdzić, że w Bombay’u jest drogo – oczywiście, jest drożej, niż w innych restauracjach, ale według mnie każda wydana złotówka tam jest tego warta.
Ale po co to rozpisywanie o Bombay’u skoro to jest to subiektywna recenzja nowego miejsca? A właśnie po to, żebyście w pełni zrozumieli mój punkt widzenia dotyczący Budda.
Wybraliśmy się tam w dzień otwarcia, zadzwoniłem wcześniej się upewnić czy mają miejsca, ale rezerwacji na ten dzień nie było. Kelner nas zapewnił, że nawet jeśli nie będzie miejsc, dostaniemy kupon rabatowy lub na jakiś gratis do Winiarni Bachus (nie do końca go tutaj zrozumiałem). Weźmie od nas numer telefonu i zadzwoni, jak tylko pojawi się jakiś wolny stolik. Przyznam, że ciekawa propozycja kooperacji pomiędzy dwoma miejscami (z oczywistą korzyścią dla obydwu), chyba do tej pory nie spotykana w Szczecinie.
Wchodzimy do środka i…
Akurat nie było problemu z wolnymi miejscami. Ludzi było sporo, ale nie było kompletu. Wystrój Buddhy jest rewelacyjny – gości obserwuje posąg buddy, wszędzie są grafiki związane z kulturą tajską, jest też ściana wodna. Z głośników leci tematyczna muzyka (w odróżnieniu do np. Dublin Pubu gdzie możemy posłuchać np. Marylki Rodowicz w wersji techno (sic!). Do dyspozycji mamy dwie strefy: normalna stolikowa oraz po prawej od wejścia strefa „siedzenia na podłodze na niesamowicie wygodnych siedziskach” (oczywiście trzeba zdjąć buty). Wybraliśmy tę drugą .

Od chwili wejścia zainteresował się nami kelner – wskazał miejsca i po kilku sekundach mogliśmy już wybierać z menu. Szybko przeleciałem różne pozycje z menu – możemy tam znaleźć np. Tom Yam Kung (zupa krewetkowa) za 22 zł, zielone curry z kurczakiem lub wołowiną za 35 zł / 45 zł, sałatkę z mango i krewetkami za 30 zł itd.) – czyli generalnie bez zaskoczenia, ceny takie „bombayowe”. Ja i moi znajomi skusiliśmy się jednak na „menu degustacyjne”, które zostało przygotowane specjalnie na dzień otwarcia (nie wiem, czy w chwili obecnej jest dostępne).
Dostępne były dwie wersje: wegetariańska oraz „z mięsem”. Oczywiście wybór padł na to drugie: 45 zł za osobę. W skład tego zestawu wchodziły:
- Sajgonki z kurczakiem oraz Satay z kurczaka
- zupa z kurczakiem, trawą cytrynową, mlekiem kokosowym
- sałatka z papają,
- zielone curry z kurczakiem, czerwone curry z wieprzowiną, makaron ryżowy z krewetkami,
- kieliszek wytrawnego wina białego lub czerwonego – jeszcze tego dnia prowadziłem samochód, więc zamieniłem alkohol na sok kokosowy (jak się okazało później osobno płatny, mimo że był zamiast wina – wypadałoby, żeby kelner o tym poinformował przy składaniu zamówienia, no cóż…)
Natomiast zestaw wegetariański prezentował się następująco:

W sumie to ja zachęciłem znajomych do takiego wyboru – a to dlatego, że podobne zestawy „Uczta Maharadży” jadłem kilkukrotnie w Bombay’u (cena zbliżona, 50 zł od osoby i zawsze wychodziłem wniebowzięty z pełnym brzuchem, nawet nie będąc w stanie zjeść wszystkiego). I myślałem, że tutaj będzie podobnie.
Natomiast okazało się, że nasze porcje były bardzo skromne (szczerze mówiąc musiałbym zjeść dwa takie zestawy, by być najedzonym). Nikt z nas nie najadł się w pełni, rozczarowanie pod tym względem jednym słowem!
Samo jedzenie natomiast było bardzo dobre, znajomi mówili, że smakuje praktycznie jak w Tajlandii (spędzili tam trochę czasu). W sumie kucharz w tej restauracji jest z Tajlandii, więc ma to swoje uzasadnienie.

Jeden z moich współtowarzyszy posiłku jest z Australii – mówi kiepsko po polsku – sorry Tim ;) – dlatego też z kelnerem porozumiewaliśmy się wyłącznie po angielsku. Radził sobie bardzo dobrze, potrafił praktycznie bez zająknięcia odpowiedzieć na każde pytanie dotyczące miejsca, jedzenia itp. Bardzo miło.
Aha, sałatka z papają, którą kelner określił jako „very spicy” nie była ostra.
Buddha Thai & Fusion Restaurant, a film „Looper”
Tak samo zachęcony sloganem reklamowym “Matrix tej dekady”, obejrzałem Loopera, tak samo tutaj łącząc elementy “właściciele Bombay’u + olbrzymie porcje w zestawie Uczta Maharadży” zamówiłem analogiczny zestaw – i się zawiodłem po prostu.
Mam nadzieję, że normalne dania są tam rozsądnej wielkości i że wydając 50 zł na same jedzenie można się naprawdę najeść. Dam temu miejscu drugą szansę – obym następnym razem wyszedł w pełni zadowolony (z pełnym brzuchem).








Generalnie do restauracji chodzi się podegustować, rozkoszować smakami i spędzić miło czas, tak jest to przyjęte niemal w całej zachodniej Europie. „Najadanie” się do syta jest niezdrowe, stąd coraz częstrze nadwagi i wypukłe brzuszki…ale jak zawsze każdy dokonuje wyboru osobiście :)
Jedzenie w tej restauracji wymieśnite!!
Zgadzam sie z tym iz do restauracji wybieramy sie aby spedzic mile czas i pozanc nowe smaki tylko dlaczego mamy wychodzic glodni? Porcje sa stanowczo za male, zupy to kompletna kpina(miseczki dla dzieci). Bardzo widoczny brak dobrego zarzadzania!!!
Czytam komentarze i jestem zdziwiona, nie bylam tam jeszcze ale czekalam z niecierpliwoscia na tajska restauracje w Szczecinie i az sie boje wybrac…myslalm, ze bedzie taka dobra jak Bombay…widocznie Pani Anita powinna wiecej czasu poswiecic Buddha a nie pozwalac zarzadzac osobom ktore nie maja o tym pojecia:(…