Drodzy Szczecinianie…
Mój dzisiejszy wpis jest zainspirowany komentarzem Anny do mojego poprzedniego wpisu.
Więc może zacznę tak…
Droga Anno,
Przeczytałam twój komentarz bardzo uważnie, trochę ze smutkiem, ale doskonale Cię rozumiem, bo kiedyś byłam w tym samym miejscu, w którym Ty jesteś teraz. Pisałam już o tym, że jestem urodzoną Torunianką. Mieszkałam tam przez 22 lata. Wtedy myślałam o Toruniu dokładnie to samo, co Ty dziś o Szczecinie.
Miasto w moich oczach podupadało, coraz mniej imprez, coraz trudniej o pracę,
trudno dostać się na studia, dziury na drogach, kiepska komunikacja, odwieczny korek na moście, bo brak pieniędzy na budowę drugiego, brudne autobusy, rozklekotane tramwaje, chamstwo w autobusach, dorzucę jeszcze do tego ekshibicjonistów na każdym rogu , byłam świadkiem wielu nieprzyjemnych sytuacji.
Chciałam się stamtąd wyrwać, gdzieś gdzie jest łatwiejsze życie. Pech
chciał, że trafiłam do małej mieścinki, którą pewnie, niektórzy Szczecinianie znają, a mianowicie do Choszczna. Siedemnastotysięczne miasto przywitało mnie obskurnym dworcem, wzdłuż głównej ulicy, która powinna miasto jakoś reprezentować, cóż szkoda gadać. Czas tam stanął w miejscu, chyba zatrzymał się gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych. Autobusy? Brak!
Wszędzie trzeba było biegać na piechotkę, zakupy, do lekarza z gorączką na drugi koniec miasta… Opieka medyczna – dramat! Nie życzę nikomu trafić do tamtejszego szpitala. Praca? Zapomnij! Chyba, że w Biedronce na kasie, albo w przetwórni krewetek, ale nawet w Biedronce nie zauważyłam, żeby mieli jakieś wakaty.
We wszystkich urzędach i instytucjach typu bank-dramatyczna obsługa. Któregoś dnia poszłam z mężem do banku załatwić kredyt i wyobraź sobie, że Pani stwierdziła ordynarnie, że ja jestem chyba kochanką tego pana, a nie żoną, bo miałam w dowodzie inne nazwisko i nie pomoże nam załatwić sprawy dopóki nie udowodnię, że jednak jestem jego żoną.
W sklepach nikt nie szanuje klienta, zamykają o 17 i mają klientów w „głębokim poważaniu” i nie próbuj nawet wejść do sklepu o 16.50, bo zatrzasną Ci drzwi przed nosem, a słowo reklamacja to dla nich jakiś neologizm.
To tak bardzo w skrócie, bo mogłabym napisać całą książkę o tym jak ciężko żyje się w takim mieście. Pewnie ktoś zapytałby po co tam mieszkałam 5 lat, skoro było mi tak źle. Otóż dlatego, że taka jest specyfika pracy mojego męża, że nie od nas to zależy i już.
Udało mi się znaleźć pracę dopiero w Stargardzie, ale to też długa historia.
Więc droga Anno, widzisz teraz, że mój zachwyt nie jest nieuzasadniony. Po pięciu latach mordęgi jestem zachwycona kiedy mogę sobie pojechać zatłoczonym, rozklekotanych autobusem, miałam szczęście, bo udało nam się tanio wynająć mieszkanie, może mam szczęście, że wszyscy są dla mnie mili, a może po prostu to jest kwestia nastawienia… Może jeszcze wiele się zmieni, może czas zweryfikuje moją pogodę ducha.
Od zawsze jednak jest tak, że doceniamy, tylko to, co straciliśmy.
Ja straciłam moje miasto, prawdopodobnie bezpowrotnie i dlatego nauczyłam się cieszyć
drobiazgami, przestałam narzekać i wzięłam sprawy w swoje ręce. Na pewno to, co piszesz jest prawdą, ale zapewniam Cię, że nie tylko Szczecin ma takie problemy. To nie wina władz miasta, to po prostu nasza polska rzeczywistość, odpowiedzialność za to jest na samej górze.
Miasto daje, to o może, na stronie UM jest cała lista atrakcyjnych szkoleń dla osób pracujących, można się rozwijać, Unia daje nam pieniądze, a miasto daje nam wędkę, abyśmy mogli sami złowić rybę. Nie czekajmy na gotowe. Nie pytaj, co Szczecin może zrobić dla Ciebie, zapytaj, co Ty możesz zrobić dla Szczecina!
Anno, życzę Ci więcej optymizmu. To jak żyjesz zależy tylko od Ciebie! Uśmiechnij się! Jesteś w Szczecinie! ;)
Pozdrawiam
Olka






