Jest to tekst gościnny, a jego autorem jest Bartek Stanny.
Wszyscy znamy stres towarzyszący przedświątecznym zakupom. W parę zazwyczaj mroźnych tygodni poprzedzających rodzinne spotkania, wielkie obżarstwo i odpoczynek, biegamy jak opętani po sklepach w poszukiwaniu idealnego prezentu. Ostatnimi laty pojawia się wiele inicjatyw, które próbują wyjść naprzeciw wzmożonemu zapotrzebowaniu na wszelkiej maści upominki.
Inicjatywy te przybierają formę przedświątecznych jarmarków oraz targów. Moda na targi rękodzieła, designu oraz dobrego jedzenia zawitała do nas z zachodu i na dobre zagościła w kalendarzu imprez większości miast. Słynne targi Mustache Yard Sale w Warszawie to już legenda wśród takich imprez. Odbywające się cyklicznie od kilkunastu już lat wydarzenie przetarło szlak i w dalszym ciągu jest wyznacznikiem tego, co w trawie niezależnego designu oraz mody piszczy.

W całej Polsce mamy obecnie bogaty kalendarz targów promujących młode marki oraz oryginalnych twórców. Również w naszym mieście doczekaliśmy się w tym roku Design Day w hali OFF Mariny na Pomorzanach. W naturalny sposób okres przedświąteczny jest idealnym czasem na tego rodzaju inicjatywy, a co za tym idzie oferta przedświątecznych jarmarków jest nadzwyczaj bogata. We wszystkich większych miastach, niemal w każdy grudniowy weekend odbywają się przeróżne targi designu i rękodzieła.
Co się dzieje w Szczecinie?
Prym wiedzie oczywiście stolica, która sezon na przedświąteczne zakupy rozpoczęła już pod koniec listopada Targami Rzeczy Ładnych, by kontynuować 6-7 grudnia targami o wdzięcznej nazwie Wzory, a następnie Slow Weekend 13-14 grudnia i zakończyć tuż przed Bożym Narodzeniem wspomnianym już Mustachem. W Szczecinie również nie możemy narzekać na brak okazji do nabycia oryginalnego prezentu. Być może oferta nie jest aż tak bogata, jak warszawska, ale bronimy się Bożonarodzeniowym Jarmarkiem na Zamku oraz Jarmarkiem Teatralnym w Pleciudze w mikołajkowy weekend czy Jarmarkiem Kolumba tydzień później.
Mamy również łatwy dostęp do całego wszechświata jarmarków oraz targów tuż za przysłowiową miedzą, w Berlinie. Kalendarz wydarzeń w stolicy Niemiec jest wyładowany do granic możliwości. Tam każda dzielnica organizuje swoje wydarzenie. Jest ich tyle, że powstała specjalna mapa, która pomaga poruszać się po berlińskich jarmarkach.
Warto w tym miejscu zastanowić się przez chwilę skąd wybuch takiej miłości do lokalnych wyrobów, do rękodzieła oraz do designu? Jeszcze do niedawna lubiliśmy się pochwalić skandynawskim meblem, nowojorskim ciuchem, włoskimi butami czy francuskimi przysmakami.

Teraz prawdziwe zainteresowanie wzbudzają buty od szewca z zakładu na końcu ulicy, wytwarzane z lokalnie pozyskiwanej skóry, ubrania szyte przez znajomą projektantkę w małej pracowni w zapomnianej dzielnicy miasta, meble z zaprzyjaźnionej stolarni tworzone z dbałością o środowisko, a na talerzu najchętniej zobaczylibyśmy lokalne przysmaki, może rybę z pobliskiego jeziora, a już na pewno potrawy wykonane z dostępnych w regionie, sezonowych składników.
Skąd wzięła się ta zmiana? Jest to pewien fenomen, który dzieje się tu i teraz, którego jesteśmy motorem i warto sobie uświadomić, jak bardzo pod naszym wpływem zmienia się energia naszych miast i jaką siłę mamy jako świadomi konsumenci. Jeszcze nie tak dawno, na początku minionego stulecia, przeciętny człowiek otaczał się niemal wyłącznie przedmiotami, które zostały wykonane w jego niedalekim otoczeniu, przez lokalnego krawca, szewca, cieślę. Wraz z rozwojem transportu, zarówno lotniczego, jak i morskiego i lądowego otrzymaliśmy niemal nieograniczony, a przede wszystkim stosunkowo tani dostęp do towarów niegdyś egzotycznych, trudno dostępnych i luksusowych. Za tym oczywiście poszła globalizacja na ogromną skalę, masowy outsourcing usług i już po paru dekadach proporcje się dramatycznie odwróciły.
Czy nowe jest lepsze?
Okazało się, że 90% przedmiotów, którymi się otaczamy przejechało setki, a czasem i tysiące kilometrów zanim trafiły do naszych domów. Oderwaliśmy się od naszego sąsiedztwa, niegdysiejsze stosunki z lokalnymi rzemieślnikami i sprzedawcami odeszły w niepamięć i zostały zamienione na beznamiętne pikanie kas w supermarketach oraz klikanie myszki. Okazało się, że bez wychodzenia z domu mamy dostęp do dosłownie wszystkiego.

Świat stał się jednym wielkim supermarketem z niezliczonymi kilometrami wirtualnych (i rzeczywistych) półek sklepowych. Każdy przedmiot jest w stanie być u naszych drzwi w przeciągu kilku, maksymalnie kilkunastu dni.
Zaczęliśmy sobie powoli zdawać sprawę, że nie tylko nie wiemy jak się nazywa nasz lokalny sprzedawca warzyw, ale czasem nawet nie wiemy gdzie go szukać. Musimy pytać rodziców gdzie jest najbliższy szewc czy krawcowa (a i rodzice często nie są w stanie pomóc). Większość z nas nie odczuwa braku tych relacji. Dla konsumenta zmiany, które zaszły nie miały traumatycznych konsekwencji i często sprowadzały się do wygody oraz atrakcyjnych cen. Po pewnym czasie jednak, zaczęliśmy sobie uświadamiać złożoność problemu i jego ciemne strony. Zaczęto coraz głośniej mówić o tzw. carbon footprint czy food miles.
Coraz mniej fachowców – nie ma kto doradzić
Okazało się, że choć my płacimy mniejszy rachunek przy kasie, to nasze środowisko dopłaca resztę. Jedzenie z najdalszych zakątków globu potrafi tygodniami podróżować od portu do portu, by w końcu trafić do naszego supermarketu. Buty, które tak kusząco wyglądały na sklepowej półce nagle zaczynają uwierać po ujawnieniu karygodnych warunków pracy panujących w fabryce, w której zostały wyprodukowane.

Okazało się też, że najzwyczajniej w świecie zabrakło osób, które w sklepie potrafią coś doradzić. Nie wypada już zapytać pracownika supermarketu na dziale z warzywami o to, które z jabłek są słodkie, a które winne, a już broń boże, które z ziemniaków nadają się bardziej do pieczenia, a które do gotowania. Ta osoba nie może tego wiedzieć, a wręcz nie powinna, bo jej zadania są zupełnie inne. W tym samym czasie okazało się, że zupełnie po sąsiedzku wyrastają małe przedsiębiorstwa, prowadzone najczęściej przez młodych, ambitnych ludzi z pasją, które ponownie zapełniają te nisze.
Nagle z radością odkrywamy, że na dachu sąsiedniej kamienicy ktoś trzyma ule i zbiera miód od lokalnie bzyczących pszczół, że znajoma z uczelni tworzy piękne ubrania z ekologicznych materiałów, a mieszkanie możemy niebanalnie wyposażyć u miejscowych projektantów. Ta mała rewolucja, a w zasadzie re-ewolucja, paradoksalnie stała się możliwa za sprawą tego, co ją pierwotnie zniszczyło, globalizacji i technologii. Dzięki rozwojowi internetu, portali społecznościowych, taniemu podróżowaniu otworzyliśmy się na świat. Nastąpiła naturalna wymiana idei, poglądów, stylów. Jesteśmy w stanie czerpać inspiracje globalnie i interpretować je lokalnie.
Powszechny dostęp do technologii w postaci dobrych kamer, aparatów, drukarek 3d i profesjonalnych rozwiązań internetowych pozwolił też małym firmom wybić się na zdominowanym przez wielkich graczy rynku. Tak, jak wcześniej za pośrednictwem internetu zachłystywaliśmy się możliwością zamówienia laptopa prosto z Korei, tak teraz wykorzystujemy to, by mieć dostęp do informacji o ekscytujących projektach dziejących się na naszym „podwórku”.
Zaczyna się w nas powoli również budzić ponownie podziw dla „starego, dobrego” rzemiosła. Potrafimy już docenić fakt, że coś jest wykonane ręcznie, że zostało przemyślane i zaprojektowane w duchu jakiejś idei, że możemy dostrzec proces myślowy, który doprowadził twórce do takich, a nie innych rozwiązań formalnych. Jesteśmy w stanie również zapłacić nieco więcej, za przemyślany i ciekawy produkt, chętniej sięgamy do portfela, by wesprzeć idee, które szanują Ziemię i jej zasoby.

Powstaje coraz więcej serwisów internetowych, blogów oraz magazynów poświęconych wzornictwu, modzie i nowym twarzom w tych branżach. Pokazuje to, że w Polsce mamy wciąż rosnącą rzeszę projektantów oraz konsumentów, a to wróży lepiej dla polskiej gospodarki oraz jej innowacyjności. Również w naszym mieście działają już projekty, które mają na celu wspieranie lokalnej innowacyjności, rzemieślnictwa, rękodzieła.
Działania te podejmowane są zarówno przez instytucje publiczne, w postaci inkubatorów, jak i przez firmy i osoby prywatne, jak choćby wspomniana wcześniej OFF Marina, która wynajmuje swoje przestrzenie na pracownie dla kreatywnych szczecinian, czy www.OKsuper.pl, pierwsza w województwie platforma wspierająca lokalnych designerów, na której można kupić ich produkty.
Targi designu i rękodzieła są z kolei po części powrotem do idei osiedlowych ryneczków, na których można było pogawędzić z twórcą, a nie tylko ze sprzedawcą, o wystawianych produktach, ich historii i inspiracji, a po części są wytworem globalnej mody na piękne, dobre jakościowo produkty, z których możemy być dumni jako „miejscowi”.
Dla wystawców uczestniczenie w targach jest czymś, co niemal zostało zatracone, czyli okazja do obcowania z klientem twarzą w twarz oraz do nawiązywania inspirujących znajomości z innymi twórcami. Dla klientów i odwiedzających jest to świetny przegląd najnowszych trendów, okazja do zobaczenia i kupienia czegoś oryginalnego, o czym później z dumą można opowiadać znajomym.
Jest to też najzwyczajniej w świecie miła forma spędzania wolnego czasu, jakże inna od bezimiennego przemykania w świetle sklepowych witryn zunifikowanych galerii handlowych. Być może warto w szale przedświątecznych zakupów na chwilkę zwolnić i się nieco rozejrzeć. Warto by było, aby pod choinką znalazło się w tym roku coś wyjątkowego, coś z metką Made inStettin.







